O „Veil” na Kolorowych Zeszytach

veil-wakesKolorowe Zeszyty opublikowały kolejną moją recenzję. Tym razem wziąłem pod lupę „Veil”, miniserię autorstwa Grega Rucki i Toniego Fejzuli. Poniżej tylko krótki wstęp, natomiast po resztę (gdyby ktoś chciał czytać dalej) zapraszam już do źródła.

Veil” od samego początku był projektem stojącym pod dużym znakiem zapytania. Nie dość że scenarzysta, chociaż powszechnie uznany, nigdy wcześniej nie próbował sił w komiksie grozy, to także od strony formalnej zapowiedziana przez Dark Horse mini-seria również była sporą niewiadomą. Obecnie „Veil” dobiegł już końca i jak to zwykle bywa obawy w dużej mierze okazały się płonne. Tym razem Rucka okazuje się być jednak autorem bardziej skupionym na przestawieniu atrakcyjnej fabularnie historii, niż na pogłębianiu portretów głównych bohaterów…

Całość recenzji znajdziecie  TUTAJ .

„HIT” w zbiorczym wydaniu

W poście poniżej było już o Vanesie R. Del Rey, teraz będzie jeszcze raz, tyle że nie wprost. Żeby wyczerpać zupełnie temat HIT o którym kiedyś pisałem, i gdzieś tam wyrokowałem, że wydanie zbiorcze będzie dość szybko – trochę się pomyliłem, bo mocno zeszło się z tym zebraniem komiksu do kupy. Ale jak wiadomo, co się odwlecze… Pojawiła się więc jakiś czas temu zapowiedź wydania zbiorczego tego komiksu.

BOOM_Hit_v1_1955

Premiera zaplanowana jest na 30 listopada, a wśród dodatków znajdziemy m.in. nieopublikowaną dotąd krótką formę pt. Bonnie, oraz peany Duane’a  Swierczynskiego w formie wstępniaka. Wydanie zbiorcze będzie nosiło nazwę HIT 1955.  Osobiście potwierdzę raz jeszcze: dla wielbicieli noir to komiks z pewnością warty zakupu.

The Empty Man #1-3

The-Empty-Man-001-SDCCPisałem jakiś czas temu o planach BOOM! Studios na detektywistyczną mini-serię w osnowie japońskiego horroru. Tym komiksem jest wciąż jeszcze wydawany The Empty Man, autorstwa Cullena Bunna i Vanessy R. Del Rey. Chociaż powoli cykl  dobiega już końca (niedawno miał premierę numer czwarty) ja poprzestałem na trzech zeszytach – bynajmniej nie z powodu, że komiks jest centralnie zły, czy też byle jaki, co to to nie! W myśl jednak założenia, że nie bawią mnie już zeszyty (po raz kolejny oszukiwanie samego siebie) chcę sobie sprawić fajnego trade’a. Stoi więc za tym czysta kalkulacja i liczę, że BOOM! nie nadwyręży zbytnio mojej cierpliwości  jeśli chodzi o premierę wydania zbiorczego.

Tak więc dostajemy do rąk procedural, dość mocno trzymający się ram konwencji: jest miejsce zbrodni, są rozmowy ze świadkami, są też przesłuchania – wszystko dotyczy rodziny, w której w nie wyjaśnionych do końca okolicznościach ginie małżeństwo, a dwójka ich dzieci zostaje uprowadzona. Poszukiwaniem małolatów zajmują się agenci Langford i Jensen w ramach międzywydziałowej współpracy CDC i FBI, mającej na celu przede wszystkim ustalenie źródła i zwalczenie wirusa potocznie określanego mianem „empty mana” – wszystko bowiem wskazuje na to, że jeden z członków rodziny padł jego ofiarą. I tak właśnie docieramy do punktu,  w którym komiks nabiera zdecydowanych rumieńców. Śledztwo śledztwem (chociaż nie mogę nic zarzucić jego tempu i jako takiej atrakcyjności, pomimo gadających głów),  ale to co jest najbardziej pociągające w tym komiksie to fabularna otoczka, skupiająca w sobie zjawisko pandemii „empty mana” i wszelkich konsekwencji, które z niej wynikają. Opustoszałe kościoły zamieniają się więc w nocne kluby, a wiara w Boga zamieniona zostaje w kult „empty mana” – jego coraz liczniejsi świadkowie wierzą, że choroba otwiera drogę do poznania Jedynej Prawdy, a to co robią żeby ją poznać z pewnością nie przypomina chrześcijańskich praktyk. Chorobliwa atmosfera opowieści podgrzewana jest przez „kaznodziejski” wątek komiksu, gdzie głównym rozgrywającym jest wielebny Markoff – postać do pewnego momentu niejednoznaczna, wprowadzająca do przedstawionej historii typową kaznodziejską żarliwość, co w efekcie na tle powszechnej aberracji i wynaturzenia dodaje komiksowi tylko pewnej upiorności.

Od strony rysunkowej jest przyzwoicie. Del Rey nie jest może mistrzynią świata, ale w konwencji horroru/kryminału daje sobie radę naprawdę nieźle. Znów jak w przypadku Hit, stawia na klasyczne kadrowanie, chociaż tu i ówdzie dorzuca trochę nietypowej geometrii, albo stosuje większe niż zazwyczaj panele. Efekt całościowy podbity jest jeszcze przez kolorystykę komiksu – barwy są często dobrane w dość lepką miksturę: fioletu, różu i brzoskwini. Daje to mocno niepokojący efekt, świetnie korespondujący z chorym klimatem komiksu.

Na koniec trzeciego zeszytu dostajemy dość istotny zwrot akcji, co powoduje że The Empty Man na finiszu będzie pewnie bardziej przypominał coś w rodzaju X-Files niż J-horror – choć oczywiście wcale tak być nie musi (lub też wcale nie musi być to złe). Na pewno nie zniechęca mnie to do poznania ciągu dalszego. Bunnowi jako scenarzyście podobno wiedzie się różnie, ale wszystko wskazuje na to, że z The Empty Manem trafił na odpowiednio dobry moment.

Grudzień w Nowym Jorku

Moje krótkie (przynajmniej na razie) przebudzenie: mam dla Was dwie szybkie propozycje na miesiąc grudzień. Nie mogłem się powstrzymać żeby o nich nie wspomnieć, a grzechem byłoby te premiery przegapić. Oto one:

Shaft01-Cov-A-Cowan-cfb1cEscape-From-New-York-001-A-67a01

 

 

 

 

 

 

Pięknie obok siebie wyglądają, prawda? Dlaczego akurat te komiksy? Uzasadnienie najprostsze – tytuły mówią same za siebie. Przepraszam – nie mówią – krzyczą. W każdym razie potencjał tkwi w nich naprawdę wielki.

Jeśli chodzi o „Ucieczkę z Nowego Jorku” to doprawdy trudno o bardziej rozpoznawalnego Carpentera i bardziej charakterystycznego Rusella. Jeśli znacie ten film to na pewno wiecie w jaki świat tam wkraczamy, jakie możliwości on daje i co najważniejsze – jaką frajdę może to sprawić nam, czytelnikom. Nie wiem wprawdzie jeszcze, czy Snake będzie miał okazję wrócić na Manhattan skoro właśnie z niego uciekł (komiks ma być bezpośrednią kontynuacją filmu), ale mam nadzieję, że w samym Nowym Jorku zagości na dłużej. Największą zabawę (większą nawet niż czytelnik) w tej całej sytuacji ma Chris Sebela, czyli scenarzysta komiksu. Szczęściarz. Facet jest naprawdę podekscytowany pracą nad tym komiksem. Mam nadzieję, że jego entuzjazm przełoży się na jakość historii, chociaż specjalnie o to się nie martwię. W klęskę absolutnie nie wierzę. Jego „Dead Letters” jest naprawdę dobre – ma chłop wyobraźnię, na miarę Terry’ego Gilliama niemal. Pracę ołówkiem wykona Diego Barreto, odpowiedzialny w dużej mierze za „Irredeemable”, czyli jeden z największych kasowych tytułów BOOM! Studios.

„Shaft” to natomiast dla mnie zupełna niespodzianka, prawie jak prezent pod choinkę. Pomysł na wciągnięcie tego bohatera do komiksu i opatrzenia go dymkami uważam za co najmniej trafiony. Jak będzie z realizacją – trudno powiedzieć, warto jednak będzie mieć ten komiks na oku. W zalewie różnych, niekoniecznie dobrze sprzedanych licencji to może być prawdziwa perełka, skupiająca na sobie między innymi:  klimat lat 70-tych, społeczne tło nowojorskiego Harlemu i losy pełnokrwistego głównego bohatera. A jeśli dorzucimy do tego jeszcze solidnie poprowadzony kryminał sukces gotowy. Będzie to zresztą niejako „year one” Shafta, jego narodziny jako detektywa, czyli coś czego nie mieliśmy okazji odnaleźć ani w książkach, ani w filmach. Scenariusz napisze David Walker, człowiek, który zdaje się mieć blaxploitation w jednym palcu, a rysunki do serii wykona całkiem zdolna Bilquis Evely, znana już z pracy przy „Doc Savage’u”. Poza tym Dynamite rzuci sporo alternatywnych okładek, więc poza głównym (kapitalnym zresztą) coverem Sienkiewicza, znajdziemy też między innymi prace Francavilli, czy Oeminga.

Chyba nie muszę Wam mówić, że oba komiksy wylądują na mojej półce. Prędzej czy później, w takiej czy w innej formie –  z pewnością do mnie trafią. A co do samych wrażeń to liczę, że znajdę okazję do ich spisania. Cheers!

Wrześniowy preorder (2014)

Póki co żadne inne posty mi nie wychodzą oprócz zapowiedzi i ewentualnych preoderów, cały czas jednak mam nadzieję, że kiedyś coś zrecenzuję. Być może jeszcze w tym miesiącu taki tekst się pojawi, ale co to będzie – sam jeszcze nie wiem. Tymczasem mam dla Was garść zeszytów (spalił na panewce plan całkowitego wycofania się z ich zakupu), które we wrześniu trafią na moją półkę. Jest też kilka „jedynek”. Zacznę od tej z Boom! Studos.

1. Cloaks #1 (Boom! Studios).

Cloaks_01_Cvr_Noto

Boom! zbiera w moim portfelu coraz większe żniwo. W zasadzie to nie ma już w  tym wydawnictwie miesiąca bez ciekawej premiery. Tak jest i tym razem. Komiks o ulicznym iluzjoniście wplątanym w działania tajnej organizacji ma co najmniej dwóch ojców – pierwotnie pomysł na tę mini-serię wyszedł od  aktora i scenarzysty Davida Henrie’go, za scenariusz natomiast odpowiedzialny jest Caleb Monroe (Steed and Mrs. Peel, Occupy Comics). Mini-seria narysowana będzie przez Mariano Navarro (Protocol: Orphans) i w założeniu ma być trochę thrillerem i trochę historią szpiegowską. Co ciekawe, wątek iluzjonisty na usługach tajnej agencji (co będzie kanwą komiksu) nie wziął się z kosmosu  CIA też kiedyś podobno współpracowała z iluzjonistami, a w czasie II wojny światowej również się poniekąd przydawali (jak twierdzi Monroe). Twórcy pomimo skromnego dorobku macali już palce w podobnej konwencji, więc teoretycznie powinni wiedzieć co i jak się pisze (lub rysuje). Summa summarum, tytuł wydaje się obiecujący.

2. Grendel vs. The Shadow #1 (Dark Horse)

grendelvsshadow

Przyznam, że jestem więcej niż zielony jeśli chodzi o te postacie.I chyba głównie to mnie skłoniło do zainteresowania się tym tytułem – liczę, że będzie to dla mnie początek jakiejś większej przygody z tymi bohaterami.  Tak przynajmniej twierdzi Matt Wagner (scenarzysta i rysownik), który obiecuje, że Grendel vs. The Shadow jest m.in. dla takich czytelników jak ja. Zachęca również do zakupu niewielka objętość tego crossoveru – jedynie trzy zeszyty (chociaż de facto jest to pozorna liczba, bo każdy numer ma liczyć 48 stron – co też w przypadku mini-serii nie trafia się często). Komiks zauważony został także na blogu Pulp Warsaw co dla również nie jest dla mnie bez znaczenia – Jakub Górecki generalnie ma nosa do takich klimatów (polecam bloga całościowo – bardzo oryginalne miejsce), więc nie wypada mu nie wierzyć.

3. Stumptown v3 #1 (Oni Press)

stumptown3

Wszystko z jednego chyba powodu: od 2012 roku, czyli od kiedy, całkiem przypadkowo zresztą, kupiłem pierwszy zeszyt drugiego story-arcu (The Case of the Baby in the Velvet Case), wciąż nie spotkałem lepiej napisanej postaci kobiecej. Wymiękają przy niej nawet te pozostałe wymyślone przez Ruckę, czyli Carrie Stetko, Tara Chase i Forever Carlyle. Dexedrine po prostu rządzi. Niepodzielnie. Żal mi tylko odejścia Southwortha z serii, bo bardzo jego styl był zrośnięty zarówno z historią jak i z postacią, ale Greenwood też powinien dać radę. Zresztą, co ja piszę – musi dać radę! Pisze oczywiście nadal Greg Rucka. Nie możecie tego nie kupić.

Powyższą listę uzupełniają jeszcze: Names #1 (Vertigo), Empty Man #4 (Boom!), Shadow: Midnight in Moscow #5 (Dynamite), Empire of Dead: Act Two #1 (Marvel).