Clandestino TP

Clandestino_4

Amancay Nahuelpan w środowisku komiksowym nie jest póki co nazwiskiem wiele mówiącym. Poruszający się na poboczu amerykańskiej branży Chillijczyk promowany jest w tym momencie głównie przez Black Mask Studios („Young Terrorist” i „Calexit”), a wcześniej zdarzały mu epizody w takich wydawnictwach jak BOOM! Studios („Robocop”), czy IDW Publishing („BOY-1”) oraz sukcesy na rynku iberoamerykańskim. Omawiany poniżej „Clandestino” to dla tego artysty projekt bodaj najważniejszy – to jego pierwszy i ostatni jak dotąd w pełni autorski komiks. To także tytuł, któremu Nahuelpan poświecił niemal 10 lat swojej kariery – od konkursowych początków w 2009 roku po w pełni wykształconą miniserię wydaną w ostatecznej wersji w lutym bieżącego roku.

Akcja komiksu toczy się w Ameryce Południowej, na terenach fikcyjnego państwa Tairona, które po zamachu stanu w latach 70-tych kierowane jest przez paramilitarną organizację NGP ze stojącym na jej czele generałem Kapalą. Chociaż od politycznego przewrotu minęło niemal dwie dekady to upływ czasu nie zgasił ruchu oporu przeciwnego NGP. Rebelianci podzielili się na kilka obozów, niekoniecznie wspierających się nawzajem w walce z dyktaturą, spośród których najbardziej zaciekłym jest Koyam – partyzancka bojówka dowodzona przez Linco. To w jej łonie wychował się tytułowy Clandestino – żołnierz od dziecka karmiony nienawiścią do NGP i poszukujący zemsty za śmierć matki tuż po zamachu stanu. Splot zdarzeń sprawia, że Clandestino, razem ze swoją partnerką Leeną, muszą przejąć stery Koyam oraz zjednać rebeliantów rozrzuconych po całym kraju w walce z opresyjną władzą.

„Cladestino” to jeden z tych wzorcowych przykładów w których utalentowany rysownik nie do końca jest tak samo utalentowanym scenarzystą. Pomimo, że zainspirowana najnowszymi dziejami Ameryki Południowej to historia rebelii przedstawiona w komiksie oraz cały jej polityczny charakter są dość jednowymiarowe. Świat przedstawiony jest więc czarno-biały, a myślenie jego bohaterów zero-jedynkowe. Próżno szukać tutaj pogłębionego dramatu uciemiężonych, jak i wiarygodnego, skomplikowanego portretu ciemiężycieli. Clandestino na barkach którego spoczywa cała akcja komiksu częściej strzela zamiast mówić, a jego protagonista, generał Kapala to pozbawiony motywacji villain, z niedocieczonych powodów dążący do pognębienia całej populacji Tairony. Nie lepiej jest z postaciami drugiego planu – poza Vilcunem, dawnym towarzyszem broni Clandestino (nota bene najlepiej umotywowaną postacią) pełnią one wyłącznie papierowe role. Na pisarskim poziomie „Clandestino” nie prezentuje więc nic ponad mocno przeciętną historię. Brakuje tu narracyjnych przebłysków, dobrych dialogów, a niezłe cliffhangery (w tym ten najmocniejszy umieszczony w połowie historii) mają banalne rozwiązania.

Ułomności i mielizny scenariusza przysłania w pewnym stopniu entuzjazm i szczerość z jakimi „Clandestino” został stworzony. Miejscami czuć tutaj atmosferę VHS-u i kina akcji lat 80-tych, jak choćby w scenie na stacji benzynowej, otwierającej komiks, a sam główny bohater to właściwy dla tego typu kina twardziel z nieodłączną spluwą i kochanką u boku. Momenty akcji to gdzieniegdzie zupełny odjazd i przesunięcie podstawowych praw fizyki, o tyle kuriozalnych co efektownych na planszy, a kiedy w finale na na scenę wkracza ciężki sprzęt, to jest to także odejście od podstawowych praw gatunku. „Clandestino” to w efekcie komiks po trochu wojenny, polityczny, anty-utopijny, choć w sumie najłatwiej byłoby go nazwać komiksem przygodowym. Całość jest bezpretensjonalna, świadoma i nie aspirująca do bycia szczególnie ambitnym dziełem. To komiks stworzony przede wszystkim z pasją i na pewno czuć to kilkukrotnie podczas jego lektury.

To zaangażowanie Nahuelpana najlepiej widać w rysunkach. Na tym polu Chillijczyk radzi sobie zdecydowanie najlepiej. Ma pewną rękę, jest efektowny i brawurowo planuje swoje plansze. Czasem nieco za bardzo szarżuje z kompozycją, ale szaleństwa te równoważą momenty stonowanej narracji i ta sama klarowność stylu na przestrzeni całego komiksu – do samego końca kreska Nahuelpana pozostaje ostra i równie dynamiczna co na samym początku. Także do kolorów nie można mieć większych zastrzeżeń, dominują rdzawe odcienie, udanie wpasowujące się w deszczowo tropikalny klimat Ameryki Południowej.

„Clandestino” z pewnością nie jest komiksem z najwyższej półki. Poza narracyjną brawurą i dynamicznym stylem nie ma tutaj na dobrą sprawę do zaoferowania nic więcej. Polityczne i społeczne wątki nie windują komiksu tak jak powinny, a płaskie postacie dokonują całej reszty. Black Mask ma w swojej ofercie zdecydowanie lepsze tytuły z Nahuelpanem w roli rysownika – to po nie lepiej sięgnąć w pierwszej kolejności, a „Clandestino” potraktować jako lekturę nieobowiązkową.

clandestino_1Clandestino TP

Scenariusz: Amancay Nahuelpan

Rysunki: Amancay Nahuelpan

Kolor: Amancay Nahuelpan

Wydawca: Black Mask Studios

Rok wydania: 2018

 

Reklamy

O „Veil” na Kolorowych Zeszytach

veil-wakesKolorowe Zeszyty opublikowały kolejną moją recenzję. Tym razem wziąłem pod lupę „Veil”, miniserię autorstwa Grega Rucki i Toniego Fejzuli. Poniżej tylko krótki wstęp, natomiast po resztę (gdyby ktoś chciał czytać dalej) zapraszam już do źródła.

Veil” od samego początku był projektem stojącym pod dużym znakiem zapytania. Nie dość że scenarzysta, chociaż powszechnie uznany, nigdy wcześniej nie próbował sił w komiksie grozy, to także od strony formalnej zapowiedziana przez Dark Horse mini-seria również była sporą niewiadomą. Obecnie „Veil” dobiegł już końca i jak to zwykle bywa obawy w dużej mierze okazały się płonne. Tym razem Rucka okazuje się być jednak autorem bardziej skupionym na przestawieniu atrakcyjnej fabularnie historii, niż na pogłębianiu portretów głównych bohaterów…

Całość recenzji znajdziecie  TUTAJ .

„HIT” w zbiorczym wydaniu

W poście poniżej było już o Vanesie R. Del Rey, teraz będzie jeszcze raz, tyle że nie wprost. Żeby wyczerpać zupełnie temat HIT o którym kiedyś pisałem, i gdzieś tam wyrokowałem, że wydanie zbiorcze będzie dość szybko – trochę się pomyliłem, bo mocno zeszło się z tym zebraniem komiksu do kupy. Ale jak wiadomo, co się odwlecze… Pojawiła się więc jakiś czas temu zapowiedź wydania zbiorczego tego komiksu.

BOOM_Hit_v1_1955

Premiera zaplanowana jest na 30 listopada, a wśród dodatków znajdziemy m.in. nieopublikowaną dotąd krótką formę pt. Bonnie, oraz peany Duane’a  Swierczynskiego w formie wstępniaka. Wydanie zbiorcze będzie nosiło nazwę HIT 1955.  Osobiście potwierdzę raz jeszcze: dla wielbicieli noir to komiks z pewnością warty zakupu.

The Empty Man #1-3

The-Empty-Man-001-SDCCPisałem jakiś czas temu o planach BOOM! Studios na detektywistyczną mini-serię w osnowie japońskiego horroru. Tym komiksem jest wciąż jeszcze wydawany The Empty Man, autorstwa Cullena Bunna i Vanessy R. Del Rey. Chociaż powoli cykl  dobiega już końca (niedawno miał premierę numer czwarty) ja poprzestałem na trzech zeszytach – bynajmniej nie z powodu, że komiks jest centralnie zły, czy też byle jaki, co to to nie! W myśl jednak założenia, że nie bawią mnie już zeszyty (po raz kolejny oszukiwanie samego siebie) chcę sobie sprawić fajnego trade’a. Stoi więc za tym czysta kalkulacja i liczę, że BOOM! nie nadwyręży zbytnio mojej cierpliwości  jeśli chodzi o premierę wydania zbiorczego.

Tak więc dostajemy do rąk procedural, dość mocno trzymający się ram konwencji: jest miejsce zbrodni, są rozmowy ze świadkami, są też przesłuchania – wszystko dotyczy rodziny, w której w nie wyjaśnionych do końca okolicznościach ginie małżeństwo, a dwójka ich dzieci zostaje uprowadzona. Poszukiwaniem małolatów zajmują się agenci Langford i Jensen w ramach międzywydziałowej współpracy CDC i FBI, mającej na celu przede wszystkim ustalenie źródła i zwalczenie wirusa potocznie określanego mianem „empty mana” – wszystko bowiem wskazuje na to, że jeden z członków rodziny padł jego ofiarą. I tak właśnie docieramy do punktu,  w którym komiks nabiera zdecydowanych rumieńców. Śledztwo śledztwem (chociaż nie mogę nic zarzucić jego tempu i jako takiej atrakcyjności, pomimo gadających głów),  ale to co jest najbardziej pociągające w tym komiksie to fabularna otoczka, skupiająca w sobie zjawisko pandemii „empty mana” i wszelkich konsekwencji, które z niej wynikają. Opustoszałe kościoły zamieniają się więc w nocne kluby, a wiara w Boga zamieniona zostaje w kult „empty mana” – jego coraz liczniejsi świadkowie wierzą, że choroba otwiera drogę do poznania Jedynej Prawdy, a to co robią żeby ją poznać z pewnością nie przypomina chrześcijańskich praktyk. Chorobliwa atmosfera opowieści podgrzewana jest przez „kaznodziejski” wątek komiksu, gdzie głównym rozgrywającym jest wielebny Markoff – postać do pewnego momentu niejednoznaczna, wprowadzająca do przedstawionej historii typową kaznodziejską żarliwość, co w efekcie na tle powszechnej aberracji i wynaturzenia dodaje komiksowi tylko pewnej upiorności.

Od strony rysunkowej jest przyzwoicie. Del Rey nie jest może mistrzynią świata, ale w konwencji horroru/kryminału daje sobie radę naprawdę nieźle. Znów jak w przypadku Hit, stawia na klasyczne kadrowanie, chociaż tu i ówdzie dorzuca trochę nietypowej geometrii, albo stosuje większe niż zazwyczaj panele. Efekt całościowy podbity jest jeszcze przez kolorystykę komiksu – barwy są często dobrane w dość lepką miksturę: fioletu, różu i brzoskwini. Daje to mocno niepokojący efekt, świetnie korespondujący z chorym klimatem komiksu.

Na koniec trzeciego zeszytu dostajemy dość istotny zwrot akcji, co powoduje że The Empty Man na finiszu będzie pewnie bardziej przypominał coś w rodzaju X-Files niż J-horror – choć oczywiście wcale tak być nie musi (lub też wcale nie musi być to złe). Na pewno nie zniechęca mnie to do poznania ciągu dalszego. Bunnowi jako scenarzyście podobno wiedzie się różnie, ale wszystko wskazuje na to, że z The Empty Manem trafił na odpowiednio dobry moment.

Grudzień w Nowym Jorku

Moje krótkie (przynajmniej na razie) przebudzenie: mam dla Was dwie szybkie propozycje na miesiąc grudzień. Nie mogłem się powstrzymać żeby o nich nie wspomnieć, a grzechem byłoby te premiery przegapić. Oto one:

Shaft01-Cov-A-Cowan-cfb1cEscape-From-New-York-001-A-67a01

 

 

 

 

 

 

Pięknie obok siebie wyglądają, prawda? Dlaczego akurat te komiksy? Uzasadnienie najprostsze – tytuły mówią same za siebie. Przepraszam – nie mówią – krzyczą. W każdym razie potencjał tkwi w nich naprawdę wielki.

Jeśli chodzi o „Ucieczkę z Nowego Jorku” to doprawdy trudno o bardziej rozpoznawalnego Carpentera i bardziej charakterystycznego Rusella. Jeśli znacie ten film to na pewno wiecie w jaki świat tam wkraczamy, jakie możliwości on daje i co najważniejsze – jaką frajdę może to sprawić nam, czytelnikom. Nie wiem wprawdzie jeszcze, czy Snake będzie miał okazję wrócić na Manhattan skoro właśnie z niego uciekł (komiks ma być bezpośrednią kontynuacją filmu), ale mam nadzieję, że w samym Nowym Jorku zagości na dłużej. Największą zabawę (większą nawet niż czytelnik) w tej całej sytuacji ma Chris Sebela, czyli scenarzysta komiksu. Szczęściarz. Facet jest naprawdę podekscytowany pracą nad tym komiksem. Mam nadzieję, że jego entuzjazm przełoży się na jakość historii, chociaż specjalnie o to się nie martwię. W klęskę absolutnie nie wierzę. Jego „Dead Letters” jest naprawdę dobre – ma chłop wyobraźnię, na miarę Terry’ego Gilliama niemal. Pracę ołówkiem wykona Diego Barreto, odpowiedzialny w dużej mierze za „Irredeemable”, czyli jeden z największych kasowych tytułów BOOM! Studios.

„Shaft” to natomiast dla mnie zupełna niespodzianka, prawie jak prezent pod choinkę. Pomysł na wciągnięcie tego bohatera do komiksu i opatrzenia go dymkami uważam za co najmniej trafiony. Jak będzie z realizacją – trudno powiedzieć, warto jednak będzie mieć ten komiks na oku. W zalewie różnych, niekoniecznie dobrze sprzedanych licencji to może być prawdziwa perełka, skupiająca na sobie między innymi:  klimat lat 70-tych, społeczne tło nowojorskiego Harlemu i losy pełnokrwistego głównego bohatera. A jeśli dorzucimy do tego jeszcze solidnie poprowadzony kryminał sukces gotowy. Będzie to zresztą niejako „year one” Shafta, jego narodziny jako detektywa, czyli coś czego nie mieliśmy okazji odnaleźć ani w książkach, ani w filmach. Scenariusz napisze David Walker, człowiek, który zdaje się mieć blaxploitation w jednym palcu, a rysunki do serii wykona całkiem zdolna Bilquis Evely, znana już z pracy przy „Doc Savage’u”. Poza tym Dynamite rzuci sporo alternatywnych okładek, więc poza głównym (kapitalnym zresztą) coverem Sienkiewicza, znajdziemy też między innymi prace Francavilli, czy Oeminga.

Chyba nie muszę Wam mówić, że oba komiksy wylądują na mojej półce. Prędzej czy później, w takiej czy w innej formie –  z pewnością do mnie trafią. A co do samych wrażeń to liczę, że znajdę okazję do ich spisania. Cheers!