Category Archives: Recenzja

O „Veil” na Kolorowych Zeszytach

veil-wakesKolorowe Zeszyty opublikowały kolejną moją recenzję. Tym razem wziąłem pod lupę „Veil”, miniserię autorstwa Grega Rucki i Toniego Fejzuli. Poniżej tylko krótki wstęp, natomiast po resztę (gdyby ktoś chciał czytać dalej) zapraszam już do źródła.

Veil” od samego początku był projektem stojącym pod dużym znakiem zapytania. Nie dość że scenarzysta, chociaż powszechnie uznany, nigdy wcześniej nie próbował sił w komiksie grozy, to także od strony formalnej zapowiedziana przez Dark Horse mini-seria również była sporą niewiadomą. Obecnie „Veil” dobiegł już końca i jak to zwykle bywa obawy w dużej mierze okazały się płonne. Tym razem Rucka okazuje się być jednak autorem bardziej skupionym na przestawieniu atrakcyjnej fabularnie historii, niż na pogłębianiu portretów głównych bohaterów…

Całość recenzji znajdziecie  TUTAJ .

The Empty Man #1-3

The-Empty-Man-001-SDCCPisałem jakiś czas temu o planach BOOM! Studios na detektywistyczną mini-serię w osnowie japońskiego horroru. Tym komiksem jest wciąż jeszcze wydawany The Empty Man, autorstwa Cullena Bunna i Vanessy R. Del Rey. Chociaż powoli cykl  dobiega już końca (niedawno miał premierę numer czwarty) ja poprzestałem na trzech zeszytach – bynajmniej nie z powodu, że komiks jest centralnie zły, czy też byle jaki, co to to nie! W myśl jednak założenia, że nie bawią mnie już zeszyty (po raz kolejny oszukiwanie samego siebie) chcę sobie sprawić fajnego trade’a. Stoi więc za tym czysta kalkulacja i liczę, że BOOM! nie nadwyręży zbytnio mojej cierpliwości  jeśli chodzi o premierę wydania zbiorczego.

Tak więc dostajemy do rąk procedural, dość mocno trzymający się ram konwencji: jest miejsce zbrodni, są rozmowy ze świadkami, są też przesłuchania – wszystko dotyczy rodziny, w której w nie wyjaśnionych do końca okolicznościach ginie małżeństwo, a dwójka ich dzieci zostaje uprowadzona. Poszukiwaniem małolatów zajmują się agenci Langford i Jensen w ramach międzywydziałowej współpracy CDC i FBI, mającej na celu przede wszystkim ustalenie źródła i zwalczenie wirusa potocznie określanego mianem „empty mana” – wszystko bowiem wskazuje na to, że jeden z członków rodziny padł jego ofiarą. I tak właśnie docieramy do punktu,  w którym komiks nabiera zdecydowanych rumieńców. Śledztwo śledztwem (chociaż nie mogę nic zarzucić jego tempu i jako takiej atrakcyjności, pomimo gadających głów),  ale to co jest najbardziej pociągające w tym komiksie to fabularna otoczka, skupiająca w sobie zjawisko pandemii „empty mana” i wszelkich konsekwencji, które z niej wynikają. Opustoszałe kościoły zamieniają się więc w nocne kluby, a wiara w Boga zamieniona zostaje w kult „empty mana” – jego coraz liczniejsi świadkowie wierzą, że choroba otwiera drogę do poznania Jedynej Prawdy, a to co robią żeby ją poznać z pewnością nie przypomina chrześcijańskich praktyk. Chorobliwa atmosfera opowieści podgrzewana jest przez „kaznodziejski” wątek komiksu, gdzie głównym rozgrywającym jest wielebny Markoff – postać do pewnego momentu niejednoznaczna, wprowadzająca do przedstawionej historii typową kaznodziejską żarliwość, co w efekcie na tle powszechnej aberracji i wynaturzenia dodaje komiksowi tylko pewnej upiorności.

Od strony rysunkowej jest przyzwoicie. Del Rey nie jest może mistrzynią świata, ale w konwencji horroru/kryminału daje sobie radę naprawdę nieźle. Znów jak w przypadku Hit, stawia na klasyczne kadrowanie, chociaż tu i ówdzie dorzuca trochę nietypowej geometrii, albo stosuje większe niż zazwyczaj panele. Efekt całościowy podbity jest jeszcze przez kolorystykę komiksu – barwy są często dobrane w dość lepką miksturę: fioletu, różu i brzoskwini. Daje to mocno niepokojący efekt, świetnie korespondujący z chorym klimatem komiksu.

Na koniec trzeciego zeszytu dostajemy dość istotny zwrot akcji, co powoduje że The Empty Man na finiszu będzie pewnie bardziej przypominał coś w rodzaju X-Files niż J-horror – choć oczywiście wcale tak być nie musi (lub też wcale nie musi być to złe). Na pewno nie zniechęca mnie to do poznania ciągu dalszego. Bunnowi jako scenarzyście podobno wiedzie się różnie, ale wszystko wskazuje na to, że z The Empty Manem trafił na odpowiednio dobry moment.

Thumbprint #1-3

Layout 1Thumbprint od samego początku był projektem związanym z jednym zwłaszcza nazwiskiem – Joe’m Hill’em. Podążając tropem większości serwisów tematycznych oczekiwałem zupełnie nowego komiksu jego autorstwa, nadzieje te jednak bezpowrotnie umarły w momencie publikacji pierwszego zeszytu serii. Okazało się wtedy, że Thumbprint to najzwyczajniejsza w świecie i kolejna już adaptacja opowiadania Hilla pod tym samym tytułem. Przeniesienia tej fabuły na karty komiksu podjął się wyłacznie Jason Ciaramella. Oczekiwania co do autorstwa okazały się więc trochę płonne, bo z komiksem jako takim autor Locke & Key ma niewiele wspólnego, poza oczywiście nazwiskiem umieszczonym na okładce. Gdyby Joe Hill miał miejsce w scenariuszu również na swoje dopiski, Thumbprint pewnie mógłby być lepszy niż jest, ale ostatecznie i tak wyszedł z tego komiks niebagatelny.

Głowna bohaterka tej historii, Mallory Grennan, to z pozoru zwyczajna kobieta. Zaraz po powrocie z Iraku, gdzie odbywała służbę jako żołnierz kontraktowy, musi pochować swojego zmarłego ojca. Niedługo potem podejmuje pracę w małej knajpce, goszczącej przeważnie starych weteranów wojennych. Jako młoda, samotna i dość atrakcyjna barmanka, rozbudza zainteresowanie pracującego z nią Johna Petty’ego – osobnika odpychającego i prostackiego, rutynowanego męża i ojca, nieukrywającego zresztą swoich łóżkowych aspiracji daleko wykraczających poza małżeńską wierność. Codzienność nie jest więc w takim otoczeniu wybitnie absorbująca. I pewnie byłaby taka nadal, gdyby nie koperta z dołączonym odciskiem kciuka, którą główna bohaterka znajduje w swojej skrzynce. Przywołuje to wspomnienia z Iraku, do których Grennan raczej wolałaby już nie wracać, bo nie były to specjalnie chlubne dla niej momenty. Prowokowana kolejnymi tego typu listami Mal stanie przed widmem swojej przeszłości, a jej charakter jeszcze raz zostanie wystawiony na poważną próbę.

Layout 1Jason Ciaramella nie jest może bardzo uznanym i szerzej rozpoznawanym scenarzystą, ale wszystko wskazuje na to, że Thumbprint nie mógł mieć innego scenarzysty. Z dotychczasowych miniserii wydanych przez IDW a opartych na prozie Joe’a Hilla to właśnie Ciaramella jest ich jedynym autorem. Nie było tego wprawdzie wiele, ale jeśli trzy wydane do tej pory mini-serie mają tego samego scenarzystę, to możemy już chyba mówić o pewnego rodzaju wyłączności na adaptowanie literackiej twórczości Hilla. Skłonny byłbym nawet uznać, że Ciaramella to tylko kolejny pseudonim pod którym ukrywa się autor Locke & Key, bo tak to wszystko pachnie. Scenarzysta Thumbprint jest jednak facetem z krwi i kości, na dodatek całkiem uzdolnionym. Mogę to oczywiście wnosić tylko po jego najnowszym komiksie. Tych wcześniejszych, czyli m.in. The Cape i The Cape: 1969 nie miałem okazji poznać.

Przechodząc do fabuły wypada przede wszystkim pochwalić Ciaramellę za odwagę w wyeksponowaniu ważkiej, ale równie wstydliwej dla Ameryki, karty wojny w Iraku. Karty poświęconej nieludzkiemu traktowaniu jeńców i niehumanitarnym metodom przesłuchań, jakie armia amerykańska stosowała wobec Irakijczyków. Komiks niczego nie zawoalował, jest wręcz krzykliwy jeśli chodzi o kontekst historyczny – dość kontrowersyjne, przeplecione brutalnością sceny podpytują czytelnika o granice tej wojny. Pomimo, że ciężko w tym przypadku mówić o rozliczaniu Ameryki z jej błędów, to twórcy Thumbprint z pewnością mają ochotę na taki rozrachunek w sensie indywidualnym. Co prowadzi nas oczywiście do Mallory, która w Iraku zajmowała się takimi właśnie przesłuchaniami. I chociaż czytelnik poznaje tylko pewien ułamek prawdy, po lekturze komiksu nie będzie miał wątpliwości z jaką postacią miał do czynienia. Mallory Grennan jest anty-bohaterem tej historii. Jason Ciaramella nie pozostawia co do tego żadnych złudzeń – nieistotne jest, że gdzieś tam pojawia się żal i próba powrotu do normalności. Przeszłość stawia Mal w dość jednoznacznym świetle. Nie ma tu raczej prób rozgrzeszania. Nie dowiemy się zresztą co było motywacją głównej bohaterki, jakie bodźce skłaniały ją do przemocy, której się dopuszczała. Początkowo można uznać tę wybiórczość za pewną lukę w scenariuszu i niepełny obraz tej postaci, ale po zakończeniu całej historii to wrażenie ulatnia się. Chyba nic nie jest w stanie usprawiedliwić Mal i scenarzysta robić tego nie chciał. To co natomiast zamierzał zrobić to przyjrzeć się Grennan w odwrotnej roli ofiary. I jakiś sposób „ukarać” ją za grzechy, które popełniła. Caramella więc bez specjalnego psychologizowania oddał portret postaci która może i jest odpychająca, ale równocześnie też interesująca.

Thumbprint-01-pr-9-2bf0fNarracyjny fundament komiksu jest solidny. Thumbprint to oczywiście thriller, tyle że fabuła raczej oszczędza nam ostrych zakrętów. Komiks gra na stonowanych emocjach: napięcie jest dawkowane umiarkowanie, klimat osaczenia wylewa się z kolejnych stron powoli, w miarę jak Mal dostaje kolejne listy. Pomiędzy tym dostajemy szereg retrospekcji, które poza prawdą o głównej bohaterce, podpowiadają też, kto stoi za szantażowaniem Mallory. Jakiegoś wielkiego zaskoczenia w tym przypadku nie ma, ale o konkretne domysły też nie jest łatwo, Ciaramella podrzuca bowiem mylne sugestie. Mam natomiast jeden zarzut do tej historii – Thumbprint kończy się zbyt szybko. Pozostaje mały żal do Ciaramelli, że nie zdecydował się na poszerzenie komiksu przynajmniej o jeden zeszyt, gdzie mógłby rozbudować zarówno postać jak i pograć dłużej na emocjach czytelnika.

O rysunkowej stronie nie napiszę zbyt dużo. Odpowiedzialny jest za nią Vic Malhotra, debiutujący artysta. Nie widzę w tej kresce niczego szczególnego, ale też Thumbprint raczej nie wymagał specjalnie wyróżniających się rysunków. Tak czy inaczej, miałem momentami wrażenie, że rysownik na niektórych kadrach nie chciał się już postarać. Ogólnie jednak ilustracje i kolory dość dobrze korespondują z treścią komiksu – jest szaro, ponuro i trochę prowincjonalnie.

Thumbprint jako mini-seria to jedynie trzy zeszyty. Nie jest to więc historia szczególnie obszerna, ale na pewno zapamiętuje się ją na znacznie dłużej. Twórcy komiksu podjęli się drażliwego i wciąż jeszcze aktualnego tematu, zręcznie ubierając go w szaty dreszczowca. Szczerość i jednocześnie chłodne podejście do wątku irackiego oraz umiejętne budowanie klimatu składają się na niewątpliwie udany komiks. Nie zapominajmy oczywiście, że to cały czas adaptacja, a więc jej atrakcyjność  zawdzięczać powinniśmy także Hillowi, autorowi pierwowzoru. Liczę, że nie było to jego ostatnie opowiadanie przeniesione do komiksowego medium.

thumbnail

Thumbprint #1-3

Scenariusz: Jason Ciaramella

Rysunki: Vic Malhotra

Wydawnictwo: IDW Publishing

12 powodów, żeby kupić sobie inny komiks

twelve-reasons-to-die-comic

Wiosną ubiegłego roku byliśmy świadkami debiutu nowego wydawnictwa na rynku amerykańskim – Black Mask Studios. Nie była to raczej skromna inauguracja. Zamiast pierwszych, nieśmiałych kroków na wydawniczym firmamencie,  odpowiedzialni za nową markę  Steve Niles, Matt Pizzolo i Brett Gurewitz wybrali ofensywną taktykę i zasypali czytelników kilkoma intrygująco brzmiącymi zapowiedziami. Poza mocnym otwarciem wydawcy zapowiedzieli, że Black Mask nie będzie kolejnym, zwyczajnym wydawnictwem, a komiksy z tej stajni z pewnością nie okażą się jedynie konwencjonalnymi seriami. Tytuły, które zaproponowano na początek, zdawały się potwierdzać w pewnym stopniu ten  nowatorski i eksperymentalny  charakter, a tym który bodaj najbardziej wpasowywał się wtedy w wydawniczy manifest był Twelve Reasons To Die.

Już na poziomie scenariusza Twelve Reasons To Die pokazuje, że czytelnik będzie miał (albo przynajmniej powinien mieć) do czynienia z czymś wyjątkowym. I nie chodzi mi w żadnym razie o fabularne rozwiązania, którym zresztą przyjrzę się za chwilę, ile o a autorski skład komiksu. Na pierwszy rzut oka wiadomo, że komiks w połowie będący autorstwem muzyków nie może być czymś standardowym. A tak jest w przypadku Twelve Reasons To Die – za pomysł na tę mini-serię oraz  kanwę scenariusza do niej odpowiadają Ghostface Killah, Adrian Younge i C.E. Garcia, czyli muzycy związani z wytwórnią Soul Temple. Gdzieś w wirze pracy nad nową płytą, panowie stwierdzili chyba, że nie wystarczy im jedynie koncept album i że story, które wymyślili na potrzeby płyty powinno znaleźć swoje rozwinięcie  również w obszarze innego medium. Na taką okazję czekało Black Mask, chcące zrobić debiut z prawdziwego zdarzenia. Potrzebny był tylko scenarzysta, który zbierze wszystko do kupy i zamieni to na atrakcyjny komiks. Zadania tego podjęli się Matthew Rosenberg i Patrick Kindlon –  dzięki nim fabuła mogła zawędrować na deski kreślarskie.  Czy jednak z  tej twórczej burzy mózgów wynika coś na korzyść komiksu? Niezupełnie. Artystyczny mariaż przyniósł ze sobą sporo gatunkowego i stylistycznego rozchwiania, co niekoniecznie stanowi zaletę Twelve Reasons To Die. Warto równocześnie podkreślić, że trans-medialny charakter tej opowieści nie jest dla komiksu żadnym ograniczeniem – swobodnie można go czytać bez znajomości płyty. Odsłuch muzycznego materiału jednak jest ogólnie dostępny i trudno nawet z ciekawości go nie przesłuchać. Czas więc na fabułę.

12rtd

Już na samym początku zapoznajemy się  w dziejami mafijnej rodziny  DeLuca –  od czasów przedwojennych po lata 60-te ten włoski klan wywalczył sobie w przestępczej  hierarchii zaszczytną pozycję. Między innymi także dzięki Anthony’emu Starks’owi – wulgarny, chamski i nad wyraz brutalny cyngiel rodziny nie jeden już raz uratował familijny biznes. Brak ogłady nie przeszkadza jednak Tony’emu w daleko sięgających ambicjach: będąc dostatecznie blisko rodziny DeLuca liczy, że wkrótce stanie się jej honorowym członkiem. Ostatecznie odrzucony, obraca się przeciwko klanowi, co staje się zarzewiem krwawej, bezpardonowej wojny. Równocześnie czytelnik przenoszony jest co jakiś czas do lat znacznie bardziej współczesnych, gdzie kolejny główny bohater, Migdal, na zlecenie jednego z członków rodziny DeLuca ma za zadanie odzyskać kilka zaginionych i najwyraźniej obarczonych tajemniczą klątwą winyli – muzyka która jest na nich zarejestrowana przyniosła już śmierć kilku członkom rodziny, co dla DeLuca jest dopiero początkiem ich trupiego korowodu.

Twelve Reasons To Die jest wręcz poligonem doświadczalnym jeśli chodzi o fabułę i motywy w niej wykorzystane. Gołym okiem widać, że odpowiedzialni za niego muzycy niekoniecznie zwracali uwagę, czy te puzzle będą do siebie pasowały. Twelve Reasons to Die jest więc katalizatorem wszystkich niemal kulturowych fascynacji Ghostface’a i Younge’a: od horroru, kina gangsterskiego,  przez tradycję samurajską, po nurt  blaxploitation, czy nawet włoskie giallo. Muzycy tworząc swój koncept album, z pewną dezynwolturą wrzucili wszytko do jednego, fabularnego wora. Ostatecznie, ta beztroska musiała odbić się na scenariuszu. I tak jest w Twelve Reasons To Die –  wyszła z tego opowieść kapryśna i bałaganiarska. Rosenbeg i Kindlon – podjęli próbę ocalenia tej historii, ostatecznie niewiele jednak zdołali uratować. Jest tutaj mnóstwo niuansów, które wołają do autorów o pomstę, jak choćby Starks, pełniący w tej historii rolę totalnego anachronizmu, czy samurajskie miecze i cała japońska tradycja, której czytelnikowi nie sposób będzie przełknąć. Małym światełkiem w tunelu jest za to Migdal – znacznie bardziej przekonywający od Starks’a, bardziej wiarygodny i naturalny. Trochę taki filmowy Lucas Corso z „Dziewiątych Wrót” , tak samo jak on flegmatyczny i tak samo namolny. Warto zatrzymać się także przy retrospektywnym charakterze komiksu i wytknąć pewne błędy oraz niedoskonałości w narracji, jakich dopuścili się scenarzyści. W trakcie lektury początkowych zeszytów często miałem wrażenie, że  nie wiem gdzie zmierzają poszczególne wątki, a raczej w jakim punkcie się przetną. I nie chodzi mi o to, że komiks jest nieprzewidywalny. Jest raczej nieskładnie napisany – wątki oddzielone od siebie przestrzenią czasu w żaden sposób się ze sobą nie spinają, zupełnie tak jakby były to dwie odrębne historie. Na dodatek niejasne interludia, które pojawiają się na kartach komiksu od czasu do czasu, również skutecznie zamazują klarowność fabuły. Ku mojemu zadowoleniu mniej więcej od połowy Twelve Reasons To Die zaczyna przypominać jakąś zwartą całość, a kulminacja to już niemalże katharsis – nagle wszystko zaczyna się zgadzać!

ghostface-comic

Rysunki… i tu mamy kolejny kalejdoskop twórców. Mam nadzieję, że nikogo nie pominę: Breno Tamura, Gus Storms, Kyle Strahm, Joe Infurnari, Tim Seeley, Nate Powell, Tyler Crook, Toby Cypress, Joelle Jones, Edwin Huang, Ryan Kelly, Russel Roehling, Riley Rossmo. Artystów, którzy pożyczyli swojej kreski do okładek, nie liczyłem – znacznie wydłużyłoby to listę. Trzynaście nazwisk przy jednej mini-serii to jednak zdecydowanie za dużo. Dwóch wiodących rysowników, czyli Breno Tamura i Gus Storms dostało najwięcej pracy. Pierwszy odpowiedzialny był za opowieść Starksa, drugi narysował lata współczesne. Cała reszta twórców dostała po kilka plansz interludiów, gdzie możemy przekonać się jak śmierć zbiera wśród rodziny DeLuca coraz większe żniwo. Tak jak z fabułą, początkowo trudno uchwycić rytm zmian, ale z upływem akcji czytelnik zaczyna orientować się w tym podziale obowiązków – o tyle dobrym, że konsekwentnym w realizacji. Jeśli miałbym wybrać rysownika, który przypadł mi do gustu najbardziej, to będzie to Gus Storms. Naprawdę polubiłem tę kreskę. Może wydawać się zbyt sterylna, mało ekspresyjna, a czasem wręcz plastikowa, ale ma to też swoje zalety – przede wszystkim jest bardzo przejrzysta i zorganizowana, trudno odnaleźć w niej choćby jedną niepotrzebną kreskę. Obecnie Storms udziela się w serii Ego, wydawanej nakładem Image Comics, więc jeśli ktoś jest zainteresowany bliższym poznaniem tego rysownika, może poszukać właśnie tam. Cała reszta ekipy Twelve Reasons To Die sprawia wrażenie przeciętnej ligi, nawet jeśli niektóre nazwiska zdają się podpowiadać coś nieco innego.

Twelve Reasons To Die okazało się niestety przeciętną mini-serią. Nie jest najgorzej, ale do doskonałości również zdecydowanie daleko. Komiks ma w swoim repertuarze mocne strony, a bodaj najmocniejszą jest idea tej „winylowej” (jakkolwiek by to nie brzmiało) śmierci, której ofiarą padają kolejni z klanu DeLuca. Wszystko to jednak przepada gdzieś między gąszczem szalejących wątków, niekoniecznie dobrym mariażem gatunków i stylistyczną rozpustą, momentami byle jaką. Wyszedł więc trochę niewypał, ale w końcu to zrozumiałe – dla wydawnictwa to dopiero początki, a te lubią być czasem wyboiste. Byle nie za długo. 

12ReasonsToDie-coverB_600px12 Reasons To Die #1-6

Scenariusz: Matthew Rosenberg, Patrick Kindlon

Rysunki: Breno Tamura, Gus Storms i inni

Wydawnicwo: Black Mask Studios

Home, sweet home

BOOM_HIT_001v1_AOto po raz kolejny mamy okazję wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się do Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Zawędrujemy do Los Angeles – miasta, które w tamtym czasie z aniołami miało niewiele wspólnego, no chyba, że były to anioły śmierci. Podróż jest więc ryzykowna, ale i wielce kusząca. Bo z jednej strony trafimy w sam tygiel kwitnącej przestępczości, ale z drugiej – i to jest ta potencjalnie lepsza strona – do słonecznych wybrzeży Kaliforni, do ulic pełnych oldsmobilów i do spowitych papierosowym dymem knajp, w których zawsze spotkamy tą zjawiskową femme fatale, która oczywiście będzie początkiem naszych problemów. W tę podróż tym razem (bo ile to już razy, prawda?) zabiera nas Boom! Studios w jednej ze swoich ostatnio zakończonych mini-serii pt. Hit.

W komiksie śledzimy losy Harvey’a Slatera, policjanta z miejscowego wydziału zabójstw. Za dnia nasz bohater skrzętnie wykonuje swoje obowiązki, a pod osłoną nocy razem z innymi funkcjonariuszami tworzy nieformalną grupę uderzeniową, celem której jest likwidowanie przestępczego elementu z krajobrazu miasta. „Hit Squad”, bo tak nazywają sami siebie,  to kolektyw działający poza prawem, ale za to z inspiracji szefa wydziału zabójstw, Arthura Blaira. Grupa działa tak samo brutalnie, jak brutalna jest lokalna przestępczość – bez brania jeńców i ustalania jakichkolwiek kompromisów. Nieoczekiwanie po jednej z ostatnich akcji, celem której było oczyszczony z zarzutów Carl „Shark” Infantino, nie udaje się niestety zatrzeć po sobie wszystkich śladów. Doprowadzi to do pęknięć wewnątrz grupy i przysporzy problemów głównie Harvey’owi. Kłopotem okaże się także Bonnie Brae – córka szefa, która bynajmniej nie wstąpiła po śladach swojego ojca na ścieżkę praworządności. Jej romans ze Slaterem, będący tylko kwestią czasu, doleje jedynie oliwy do ognia i pociągnie za sobą zabójcze dla przyszłych wydarzeń konsekwencje.

Scenariuszem do komiksu zajął się Bryce Carlson, dotychczas managing editor Boom! Studios, czyli właściwie osoba zza drugiej strony wydawniczej barykady. Hit jest pierwszym przedsięwzięciem Carlsona na taką skalę, gdzie może popisać się własnym, autorskim scenariuszem. Chociaż skłamałbym gdybym napisał, że to w stu procentach jego własny pomysł. Zanim Carlson wcielił go w komiks, spotkał kogoś, kto opowiedział mu pewną inspirującą historię o tym jak faktycznie w latach 50-tych policja rozwiązywała niektóre „trudne” sprawy. Formacja policjantów-mścicieli, która koniec końców w komiksie może wydawać się mocno fantazyjna, w rzeczywistości nie jest daleka od prawdy. Wedle dobrze poinformowanego źródła istniały wtedy zorganizowane grupy gliniarzy, których zadaniem było naprawiać to, czego wymiarowi sprawiedliwości naprawić się nie udało. I nie były to jakieś pojedyncze przypadki, ale dość regularne egzekucje, po których skutecznie zacierało się ślady i na wszelki wypadek pozostawiało mylne tropy. Carlson podobno posłyszał te rewelacje od osoby, która w tamtych czasach znajdowała się blisko dość policji i metod jej działania. Czy jest to jedynie zagrywka scenarzysty, czy najprawdziwsza prawda – trudno ocenić. Nie sposób jednak przyznać, że fakty te nadały fabule komiksu atrakcyjności – pewnego dreszczyku, że oto mamy do czynienia z mniej lub bardziej fabularyzowaną wersją tajemnic i kontrowersyjnych faktów, które historia zdążyła już zamieść pod dywan minionych lat. Natomiast sam w sobie jest to nośny fabularnie motyw, wykorzystywany obecnie nie tylko przez Carlsona, ale i chociażby przez Gartha Ennisa w Red Team.

Mając już grunt pod scenariusz Carlson musiał jeszcze wymyślić postacie, ubrać to wszystko w składną fabułę, nadać temu jakiś sensowny klimat. Zadanie przed nim stało duże, bo w gruncie rzeczy, zasiadał do tej historii z czystym autorskim portfolio. W świetle tego Hit wypadł na szczęście nadspodziewanie dobrze. Nie wiem, czy to zasługa Carlsona, czy czasów jakie przyszło mu opisywać, ale trzeba przyznać, że całość jako fabuła zaprezentowała się doprawdy interesująco. Scenarzysta nie tylko wyczuł dobry temat, ale trafił na lata, które są naturalną scenerią dla opowieści typu noir. Skorzystał również z całego zasobu gatunkowych chwytów, właściwych dla czarnego kryminału. Hit jest historią w oczywisty sposób nawiązującą do Chandlera, McDonalda, a najbardziej chyba do Mike’a Spillane’a – fabuła ma tu podobny wydźwięk, Slater zaś działa z charakterystycznym dla Hammera nerwem, czyli brutalnie i bezkompromisowo. I tak samo jak Hammer ulega kobiecym wdziękom. Tym sposobem zaglądamy do kolejnej szufladki z napisem femme fatale – nie mogło takiej zabraknąć i w tej historii. Bonnie jest modelowym przykładem kobiety fatalnej, przy której dość szorstki i twardy Slater mięknie w nogach. Można zarzucić Carlsonowi, że wkleił do fabuły kolejna kliszę idąc tym samym trochę na łatwiznę. I pewnie po części jest to prawda, ale jednocześnie nie sposób pochwalić go, że Bonnie nie znajduje się w tej opowieści przypadkowo – pomimo konwencjonalnej charakterystyki, nie jest dla fabuły zwyczajnym tłem, ale jej istotnym elementem. Innymi słowy, Bonnie potrafi popchnąć fabułę do przodu tylko w dramatyczny sposób. Z korzyścią dla komiksu oczywiście. Ogólnie więc Hit to zgrabnie skonstruowany suspens i postacie, które skądinąd dobrze znamy, ale do których lubimy wracać. Większych mankamentów w komiksie nie zauważyłem. Być może scenariuszowi brakuje pewnej brawury, a może to zwykła ostrożność debiutanta, a może ostatecznie tak być musiało. Pomimo fabularnych wstrząsów, można odczuć pewien senny klimat spowijający całą opowieść, co nie każdemu może przypaść do gustu. Hit z pewnością nie jest fabułą nastawioną na akcję, to raczej zaproszenie czytelnika do udziału w kameralnej atmosferze czarnego kryminału. Jest znajomo, nastrojowo, a nawet bezpiecznie – zupełnie jak w domu.

Spora w tym wszystkim zasługa także graficznej strony komiksu. Żeby było ciekawiej, tą działką zajęła się również debiutantka, Vanesa R. Del Rey. A ta zaprezentowała oryginalną kreskę, cechującą się cienkim konturem, realistycznymi proporcjami i ogólną oszczędnością środków, zarówno w pierwszym jak i drugim planie. Nie jest to na pewno styl, który zachwyci od pierwszego wejrzenia. Na początku może wydawać się mało charakterny, ale z kolejnymi przewróconymi stronami zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności, a wtedy brak skrupulatności Pani Vanesy zupełnie już przestaje przeszkadzać. Pomimo częstej umowności i skrótu w rysunku postaci, łatwo zorientować się kto jest kim, a dobre kolory dodają właściwego klimatu przedstawianej fabule. To co jest dla Hit bardzo charakterystyczne to również klasyczne ujęcie planszy, bez specjalnych fajerwerków i niepotrzebnego kombinowania z układem kadrów. Narracja jest tym samym stonowana i pozwala na płynną lekturę komiksu. Godnym zaznaczenia i sympatycznym szczegółem są także reklamy fikcyjnych produktów z epoki – nie tylko nie przeszkadzają w odbiorze opowieści (są zresztą umieszczone na samym końcu zeszytów) ale pozwalają jeszcze bardziej poczuć jej klimat. Bardzo inspirujące, tak więc brawa za ten pomysł. Dodajmy do tego jeszcze stylowe okładki Ryana Sooka i dostajemy przemyślaną, konsekwentną graficznie całość.

Zarówno Bryce Carlson jak i Vanesa R. Del Rey pomimo braku doświadczenia okazali się dobrymi przewodnikami po starym Los Angeles. Osobiście polubiłem ich towarzystwo. Dzięki nim Hit opowiedziany został z wyczuciem i wyraźną estymą dla klasyków czarnego kryminału. Takich opowieści i powrotu do korzeni gatunku nigdy dość, zwłaszcza jeśli twórcy odnoszą się do tego dziedzictwa z nostalgią i szacunkiem. Hit więc z pewnością nie jest innowacyjny. To tylko kolejna wariacja motywów znanych i wyeksploatowanych, ale które de facto nie znudzą się nigdy jeśli tylko podać je na właściwy sposób. Dowodem na to jest uzanie czytelników – pierwszy zeszyt rozszedł się w ponad 10 000 egzemplarzy, co zmusiło wydawcę do uruchomienia drugiego dodruku. Boom! z pewnością też zorientowało się, że ma pod swoimi skrzydłami zdolnych twórców. Liczę, że wkrótce jeszcze o nich usłyszymy.

hitHit #1-4

Scenariusz: Bryce Carlson

Rysunki: Vanesa R. Del Rey

Kolory: Archie Van Buren

Wydawnictwo: Boom! Studios