Tag Archives: Vanesa R. Del Rey

„HIT” w zbiorczym wydaniu

W poście poniżej było już o Vanesie R. Del Rey, teraz będzie jeszcze raz, tyle że nie wprost. Żeby wyczerpać zupełnie temat HIT o którym kiedyś pisałem, i gdzieś tam wyrokowałem, że wydanie zbiorcze będzie dość szybko – trochę się pomyliłem, bo mocno zeszło się z tym zebraniem komiksu do kupy. Ale jak wiadomo, co się odwlecze… Pojawiła się więc jakiś czas temu zapowiedź wydania zbiorczego tego komiksu.

BOOM_Hit_v1_1955

Premiera zaplanowana jest na 30 listopada, a wśród dodatków znajdziemy m.in. nieopublikowaną dotąd krótką formę pt. Bonnie, oraz peany Duane’a  Swierczynskiego w formie wstępniaka. Wydanie zbiorcze będzie nosiło nazwę HIT 1955.  Osobiście potwierdzę raz jeszcze: dla wielbicieli noir to komiks z pewnością warty zakupu.

The Empty Man #1-3

The-Empty-Man-001-SDCCPisałem jakiś czas temu o planach BOOM! Studios na detektywistyczną mini-serię w osnowie japońskiego horroru. Tym komiksem jest wciąż jeszcze wydawany The Empty Man, autorstwa Cullena Bunna i Vanessy R. Del Rey. Chociaż powoli cykl  dobiega już końca (niedawno miał premierę numer czwarty) ja poprzestałem na trzech zeszytach – bynajmniej nie z powodu, że komiks jest centralnie zły, czy też byle jaki, co to to nie! W myśl jednak założenia, że nie bawią mnie już zeszyty (po raz kolejny oszukiwanie samego siebie) chcę sobie sprawić fajnego trade’a. Stoi więc za tym czysta kalkulacja i liczę, że BOOM! nie nadwyręży zbytnio mojej cierpliwości  jeśli chodzi o premierę wydania zbiorczego.

Tak więc dostajemy do rąk procedural, dość mocno trzymający się ram konwencji: jest miejsce zbrodni, są rozmowy ze świadkami, są też przesłuchania – wszystko dotyczy rodziny, w której w nie wyjaśnionych do końca okolicznościach ginie małżeństwo, a dwójka ich dzieci zostaje uprowadzona. Poszukiwaniem małolatów zajmują się agenci Langford i Jensen w ramach międzywydziałowej współpracy CDC i FBI, mającej na celu przede wszystkim ustalenie źródła i zwalczenie wirusa potocznie określanego mianem „empty mana” – wszystko bowiem wskazuje na to, że jeden z członków rodziny padł jego ofiarą. I tak właśnie docieramy do punktu,  w którym komiks nabiera zdecydowanych rumieńców. Śledztwo śledztwem (chociaż nie mogę nic zarzucić jego tempu i jako takiej atrakcyjności, pomimo gadających głów),  ale to co jest najbardziej pociągające w tym komiksie to fabularna otoczka, skupiająca w sobie zjawisko pandemii „empty mana” i wszelkich konsekwencji, które z niej wynikają. Opustoszałe kościoły zamieniają się więc w nocne kluby, a wiara w Boga zamieniona zostaje w kult „empty mana” – jego coraz liczniejsi świadkowie wierzą, że choroba otwiera drogę do poznania Jedynej Prawdy, a to co robią żeby ją poznać z pewnością nie przypomina chrześcijańskich praktyk. Chorobliwa atmosfera opowieści podgrzewana jest przez „kaznodziejski” wątek komiksu, gdzie głównym rozgrywającym jest wielebny Markoff – postać do pewnego momentu niejednoznaczna, wprowadzająca do przedstawionej historii typową kaznodziejską żarliwość, co w efekcie na tle powszechnej aberracji i wynaturzenia dodaje komiksowi tylko pewnej upiorności.

Od strony rysunkowej jest przyzwoicie. Del Rey nie jest może mistrzynią świata, ale w konwencji horroru/kryminału daje sobie radę naprawdę nieźle. Znów jak w przypadku Hit, stawia na klasyczne kadrowanie, chociaż tu i ówdzie dorzuca trochę nietypowej geometrii, albo stosuje większe niż zazwyczaj panele. Efekt całościowy podbity jest jeszcze przez kolorystykę komiksu – barwy są często dobrane w dość lepką miksturę: fioletu, różu i brzoskwini. Daje to mocno niepokojący efekt, świetnie korespondujący z chorym klimatem komiksu.

Na koniec trzeciego zeszytu dostajemy dość istotny zwrot akcji, co powoduje że The Empty Man na finiszu będzie pewnie bardziej przypominał coś w rodzaju X-Files niż J-horror – choć oczywiście wcale tak być nie musi (lub też wcale nie musi być to złe). Na pewno nie zniechęca mnie to do poznania ciągu dalszego. Bunnowi jako scenarzyście podobno wiedzie się różnie, ale wszystko wskazuje na to, że z The Empty Manem trafił na odpowiednio dobry moment.

Zapowiedzi na czerwiec 2014

Wiem, że miesiąc milczenia to zbyt długo, ale niestety mam co robić,  więc blog tymczasowo musi zejść na drugi (albo nawet trzeci) plan. Komiksy naturalnie zostają tam, gdzie były.  Tymczasem dwie interesujące „jedynki” pojawiły się w czerwcowym katalogu preorder, więc krótko o nich wspomnę.

Wiinterworld01-cvr-copy-7442f

Pierwsza zapowiedź to Winterwolrd, zaprezentowana przez wydawnictwo IDW. Nie jest to jednak pierwszy komiks z tym tytułem na okładce. Dość dawno temu, a było to w roku 1987,  Eclipse Comics wydało krótką, trzyczęściową mini-serię pod tym samym tytułem. Autorem scenariusza był wtedy Chuck Dixon, w tej chwili już niemal weteran jeśli chodzi o pisanie do komiksów. Za rysunki odpowiedzialny był natomiast Jorge Zaffino. Winteworld to ogólnie rzecz biorąc opowieść o Ziemi po globalnym ochłodzeniu, a głównymi bohaterami w tej post-apokaliptycznej scenerii są Scully i Wynn, którzy jakoś starają się w tym świecie przeżyć, z lepszym lub gorszym skutkiem. W 2009 roku IDW wznowiło Winterworld w wydaniu zbiorczym, dorzucając do tego dodatek pod tytułem Wintersea, którego nigdy wcześniej nie udało się opublikować, pomimo że był w pełni przygotowany do wydania. Teraz IDW ponownie sięga po ten komiks – Scully i Winn jeszcze raz zostaną rzuceni w wir przetrwania i będzie to tym razem zupełnie nowa przygoda, do której scenariusz napisze oczywiście Dixon. Rysunkami zajmie się Butch Guice, a sama historia powinna być, wzorem pierwotnej mini-serii, opowiedziana w konwencji czarno-białej. Po pracach Steve’a Liebera w  Zamieci wydaje się to zresztą  jedynym sensownym i twórczym rozwiązaniem. Liczę, że Winterworld będzie mógł się poszczycić klimatem równie dojmującego zimna co komiks Grega Rucki. IDW zapowiedziało ten tytuł jako ongoing.

BOOM_Empty_Man_001_A

Drugą premierą jest The Empty Man  zaplanowany na ten miesiąc przez Boom! Studios. Mini-seria będzie opowiadała o dystopicznym świecie, w którym ludzie zapadają na dziwną i niewyjaśnioną chorobę. Objawiająca się napadami wściekłości i koszmarnymi halucynacjami dolegliwość, ostatecznie kończy się dla chorego stanem głębokiej katatonii. Na tle ogólnonarodowej paniki i szerzącego się kultu związanego z tajemniczym wirusem, rozgrywa się wspólne śledztwo agencji CDC oraz FBI mające na celu ustalić źródło tej pandemii i sposób na jej zwalczenie. Scenarzysta, Cullen Bunn (Sixth Gun, Magneto) określa tą historię jako policyjny procedural z elementami horroru, a  jeśli dodatkową inspiracją do napisania scenariusza była twórczość H.P.Lovecrafta i Koji’ego Suzuki, to powinniście być  dostatecznie zachęceni. Tym jednak co tak naprawdę przyciągnęło mnie do tego komiksu to rysowniczka, czyli Vanesa Del Rey. Przy omawianiu Hit’a domyślałem się, że nie będziemy pewnie długo czekać na jej kolejny występ, co też się potwierdziło.  Fajnie, że Boom! wykorzystuje jej potencjał. Oby jak najdłużej i z korzyścią dla obu stron. Mini-seria będzie liczyła sześć zeszytów.

Home, sweet home

BOOM_HIT_001v1_AOto po raz kolejny mamy okazję wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się do Ameryki lat 50-tych ubiegłego wieku. Zawędrujemy do Los Angeles – miasta, które w tamtym czasie z aniołami miało niewiele wspólnego, no chyba, że były to anioły śmierci. Podróż jest więc ryzykowna, ale i wielce kusząca. Bo z jednej strony trafimy w sam tygiel kwitnącej przestępczości, ale z drugiej – i to jest ta potencjalnie lepsza strona – do słonecznych wybrzeży Kaliforni, do ulic pełnych oldsmobilów i do spowitych papierosowym dymem knajp, w których zawsze spotkamy tą zjawiskową femme fatale, która oczywiście będzie początkiem naszych problemów. W tę podróż tym razem (bo ile to już razy, prawda?) zabiera nas Boom! Studios w jednej ze swoich ostatnio zakończonych mini-serii pt. Hit.

W komiksie śledzimy losy Harvey’a Slatera, policjanta z miejscowego wydziału zabójstw. Za dnia nasz bohater skrzętnie wykonuje swoje obowiązki, a pod osłoną nocy razem z innymi funkcjonariuszami tworzy nieformalną grupę uderzeniową, celem której jest likwidowanie przestępczego elementu z krajobrazu miasta. „Hit Squad”, bo tak nazywają sami siebie,  to kolektyw działający poza prawem, ale za to z inspiracji szefa wydziału zabójstw, Arthura Blaira. Grupa działa tak samo brutalnie, jak brutalna jest lokalna przestępczość – bez brania jeńców i ustalania jakichkolwiek kompromisów. Nieoczekiwanie po jednej z ostatnich akcji, celem której było oczyszczony z zarzutów Carl „Shark” Infantino, nie udaje się niestety zatrzeć po sobie wszystkich śladów. Doprowadzi to do pęknięć wewnątrz grupy i przysporzy problemów głównie Harvey’owi. Kłopotem okaże się także Bonnie Brae – córka szefa, która bynajmniej nie wstąpiła po śladach swojego ojca na ścieżkę praworządności. Jej romans ze Slaterem, będący tylko kwestią czasu, doleje jedynie oliwy do ognia i pociągnie za sobą zabójcze dla przyszłych wydarzeń konsekwencje.

Scenariuszem do komiksu zajął się Bryce Carlson, dotychczas managing editor Boom! Studios, czyli właściwie osoba zza drugiej strony wydawniczej barykady. Hit jest pierwszym przedsięwzięciem Carlsona na taką skalę, gdzie może popisać się własnym, autorskim scenariuszem. Chociaż skłamałbym gdybym napisał, że to w stu procentach jego własny pomysł. Zanim Carlson wcielił go w komiks, spotkał kogoś, kto opowiedział mu pewną inspirującą historię o tym jak faktycznie w latach 50-tych policja rozwiązywała niektóre „trudne” sprawy. Formacja policjantów-mścicieli, która koniec końców w komiksie może wydawać się mocno fantazyjna, w rzeczywistości nie jest daleka od prawdy. Wedle dobrze poinformowanego źródła istniały wtedy zorganizowane grupy gliniarzy, których zadaniem było naprawiać to, czego wymiarowi sprawiedliwości naprawić się nie udało. I nie były to jakieś pojedyncze przypadki, ale dość regularne egzekucje, po których skutecznie zacierało się ślady i na wszelki wypadek pozostawiało mylne tropy. Carlson podobno posłyszał te rewelacje od osoby, która w tamtych czasach znajdowała się blisko dość policji i metod jej działania. Czy jest to jedynie zagrywka scenarzysty, czy najprawdziwsza prawda – trudno ocenić. Nie sposób jednak przyznać, że fakty te nadały fabule komiksu atrakcyjności – pewnego dreszczyku, że oto mamy do czynienia z mniej lub bardziej fabularyzowaną wersją tajemnic i kontrowersyjnych faktów, które historia zdążyła już zamieść pod dywan minionych lat. Natomiast sam w sobie jest to nośny fabularnie motyw, wykorzystywany obecnie nie tylko przez Carlsona, ale i chociażby przez Gartha Ennisa w Red Team.

Mając już grunt pod scenariusz Carlson musiał jeszcze wymyślić postacie, ubrać to wszystko w składną fabułę, nadać temu jakiś sensowny klimat. Zadanie przed nim stało duże, bo w gruncie rzeczy, zasiadał do tej historii z czystym autorskim portfolio. W świetle tego Hit wypadł na szczęście nadspodziewanie dobrze. Nie wiem, czy to zasługa Carlsona, czy czasów jakie przyszło mu opisywać, ale trzeba przyznać, że całość jako fabuła zaprezentowała się doprawdy interesująco. Scenarzysta nie tylko wyczuł dobry temat, ale trafił na lata, które są naturalną scenerią dla opowieści typu noir. Skorzystał również z całego zasobu gatunkowych chwytów, właściwych dla czarnego kryminału. Hit jest historią w oczywisty sposób nawiązującą do Chandlera, McDonalda, a najbardziej chyba do Mike’a Spillane’a – fabuła ma tu podobny wydźwięk, Slater zaś działa z charakterystycznym dla Hammera nerwem, czyli brutalnie i bezkompromisowo. I tak samo jak Hammer ulega kobiecym wdziękom. Tym sposobem zaglądamy do kolejnej szufladki z napisem femme fatale – nie mogło takiej zabraknąć i w tej historii. Bonnie jest modelowym przykładem kobiety fatalnej, przy której dość szorstki i twardy Slater mięknie w nogach. Można zarzucić Carlsonowi, że wkleił do fabuły kolejna kliszę idąc tym samym trochę na łatwiznę. I pewnie po części jest to prawda, ale jednocześnie nie sposób pochwalić go, że Bonnie nie znajduje się w tej opowieści przypadkowo – pomimo konwencjonalnej charakterystyki, nie jest dla fabuły zwyczajnym tłem, ale jej istotnym elementem. Innymi słowy, Bonnie potrafi popchnąć fabułę do przodu tylko w dramatyczny sposób. Z korzyścią dla komiksu oczywiście. Ogólnie więc Hit to zgrabnie skonstruowany suspens i postacie, które skądinąd dobrze znamy, ale do których lubimy wracać. Większych mankamentów w komiksie nie zauważyłem. Być może scenariuszowi brakuje pewnej brawury, a może to zwykła ostrożność debiutanta, a może ostatecznie tak być musiało. Pomimo fabularnych wstrząsów, można odczuć pewien senny klimat spowijający całą opowieść, co nie każdemu może przypaść do gustu. Hit z pewnością nie jest fabułą nastawioną na akcję, to raczej zaproszenie czytelnika do udziału w kameralnej atmosferze czarnego kryminału. Jest znajomo, nastrojowo, a nawet bezpiecznie – zupełnie jak w domu.

Spora w tym wszystkim zasługa także graficznej strony komiksu. Żeby było ciekawiej, tą działką zajęła się również debiutantka, Vanesa R. Del Rey. A ta zaprezentowała oryginalną kreskę, cechującą się cienkim konturem, realistycznymi proporcjami i ogólną oszczędnością środków, zarówno w pierwszym jak i drugim planie. Nie jest to na pewno styl, który zachwyci od pierwszego wejrzenia. Na początku może wydawać się mało charakterny, ale z kolejnymi przewróconymi stronami zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności, a wtedy brak skrupulatności Pani Vanesy zupełnie już przestaje przeszkadzać. Pomimo częstej umowności i skrótu w rysunku postaci, łatwo zorientować się kto jest kim, a dobre kolory dodają właściwego klimatu przedstawianej fabule. To co jest dla Hit bardzo charakterystyczne to również klasyczne ujęcie planszy, bez specjalnych fajerwerków i niepotrzebnego kombinowania z układem kadrów. Narracja jest tym samym stonowana i pozwala na płynną lekturę komiksu. Godnym zaznaczenia i sympatycznym szczegółem są także reklamy fikcyjnych produktów z epoki – nie tylko nie przeszkadzają w odbiorze opowieści (są zresztą umieszczone na samym końcu zeszytów) ale pozwalają jeszcze bardziej poczuć jej klimat. Bardzo inspirujące, tak więc brawa za ten pomysł. Dodajmy do tego jeszcze stylowe okładki Ryana Sooka i dostajemy przemyślaną, konsekwentną graficznie całość.

Zarówno Bryce Carlson jak i Vanesa R. Del Rey pomimo braku doświadczenia okazali się dobrymi przewodnikami po starym Los Angeles. Osobiście polubiłem ich towarzystwo. Dzięki nim Hit opowiedziany został z wyczuciem i wyraźną estymą dla klasyków czarnego kryminału. Takich opowieści i powrotu do korzeni gatunku nigdy dość, zwłaszcza jeśli twórcy odnoszą się do tego dziedzictwa z nostalgią i szacunkiem. Hit więc z pewnością nie jest innowacyjny. To tylko kolejna wariacja motywów znanych i wyeksploatowanych, ale które de facto nie znudzą się nigdy jeśli tylko podać je na właściwy sposób. Dowodem na to jest uzanie czytelników – pierwszy zeszyt rozszedł się w ponad 10 000 egzemplarzy, co zmusiło wydawcę do uruchomienia drugiego dodruku. Boom! z pewnością też zorientowało się, że ma pod swoimi skrzydłami zdolnych twórców. Liczę, że wkrótce jeszcze o nich usłyszymy.

hitHit #1-4

Scenariusz: Bryce Carlson

Rysunki: Vanesa R. Del Rey

Kolory: Archie Van Buren

Wydawnictwo: Boom! Studios